W sylwestra przyszła wiadomość, że prokuratura w Piszu umorzyła śledztwo dotyczące zawalenia się ścian giżyckiego zamku - z powodu braku znamion przestępstwa. W 2007 r. ściany zaniedbanego pokrzyżackiego zamku waliły się dwa razy. Malownicza budowla, będąca niegdyś siedzibą zakonnego prokuratora, popada w ruinę, a dzisiejsi prokuratorzy rozkładają bezradnie ręce. Budowla była przez lata zaniedbywana na tyle skutecznie, że teraz w łańcuszku właścicieli nikt nie potrafił odnaleźć tego, komu obiekt "zawdzięcza" obecny wygląd i stan. Prokuratorzy nie dopatrzyli się winy ani konserwatorów, ani urzędników starostwa, ani nadzoru budowlanego kontrolującego obiekt. Nie znaleźli winnych także wśród tych, którzy kupując go, wzięli na siebie obowiązek opieki nad zabytkiem.
Mechanizm jest prosty: ktoś kupuje zabytek, często z 50-procentowym upustem, którego udzielają gminy wdzięczne, że ktoś chce się zająć jego odbudową i konserwacją. Zwykle najpierw inwestor przedstawia ambitne koncepcje, jak zabytek ma wyglądać za czas jakiś i jak odzyska dawną świetność. A potem wszystko cichnie i zaczyna się wielka improwizacja. Konserwatorzy starają się właściciela ponaglać, by wywiązał się ze swoich obietnic, ale procedury ciągną się latami. Kiedy właściciel się zmieni, niemal wszystko zaczyna się od początku.
Sprawa giżyckiego zamku i zawalenia części jego muru mogła być przełomem w sposobie podejścia do niszczonych - często świadomie - zabytków. Świadomie, bo doprowadzenie zabytku do ruiny przy biernej postawie sądów i prokuratury, w dodatku gdy służbom konserwatorskim brakuje odpowiednich narzędzi, by wpływać na administrujących zabytkami, jest wymarzonym rozwiązaniem dla niejednego właściciela. Wtedy zamiast żmudnego procesu uzgadniania z konserwatorami i znacznych sum na renowację zabytku, na gruzach mogą zbudować coś nowego, a właściciel nie musi się martwić o kosztowne zabezpieczenie zabytkowej tkanki.
Była więc okazja, żeby pokazać, że dziedzictwo kulturowe to coś ważnego i nie można go bezkarnie niszczyć. Tym bardziej oczekiwana, że podupadających pałaców czy kamienic na Warmii i Mazurach nie brakuje. Jednak przełomu nie będzie. Śledczy uznali, że stan zamku był fatalny od lat i teraz trudno szukać winnych zawalenia się jego ścian. I nie ma znaczenia, że konserwatorzy od kilku lat ostrzegali, że zamek się wcześniej czy później zawali.
Jednak jak tu narzekać na prywatnych właścicieli, skoro w tym samym Giżycku, na dziedzińcu sądu zaczęła się rozbiórka XIX-wiecznego budynku gospodarczego wpisanego do gminnej ewidencji zabytków, a w jego miejsce ma powstać parking. Podobne zarzuty pod adresem władz padają i w Olsztynie, gdzie zabytkowe budowle, których właścicielem jest gmina, chylą się na naszych oczach ku upadkowi.
W tej sytuacji można mówić wręcz o atmosferze przyzwolenia na niszczenie obiektów, będących naszym dziedzictwem. Sądy i prokuratorzy bagatelizują te sprawy. Pewnie gdyby komuś cegła z giżyckiego zamku rozbiła głowę, nie byłoby wyjścia i winnego trzeba by znaleźć. A tak rozeszło się po kościach. Coś takiego jak spuścizna kulturowa nie jest dla Temidy tak warta ochrony jak ludzkie życie czy prywatna własność. - Osobiście nie przypominam sobie, żeby właściciel poniósł jakąś dotkliwą karę za brak opieki nad zabytkiem - przyznał mi historyk Wiktor Knercer. Za łatwo dajemy posiadaczom zabytków wolną rękę, licząc na ich dobrą wolę. Rację ma architekt Jacek Strużyński, który specjalizuje się w pracy przy zabytkach. - Właściciel nie jest zbawicielem - mówi. - Często powtarzam, że zabytek tak naprawdę należy do ludzi, do społeczeństwa, jest częścią historii konkretnej miejscowości. Będzie związany z nią na zawsze. A właściciel? Może się zmienić z dnia na dzień. Brakuje jednak tej świadomości.
Giżycko mogło się stać przyczółkiem do ofensywny na rzecz ochrony zabytków. Są przecież popadające w ruinę pałace, kamienice i koszary. Szansa przepadła. Nic dziwnego, że Małgorzata Jackiewicz-Garniec, współautorka książki "Zamki państwa krzyżackiego w dawnych Prusach" mówiła "Gazecie": - Decyzja prokuratury w sprawie giżyckiego zamku pozwala właścicielom zabytkowych obiektów postępować z nimi bezkarnie, uchyla furtkę tym, którzy świadomie doprowadzają budowle do zniszczenia.
Walący się mur giżyckiego zamku pokazał, że wojnę o zabytki przegrywamy. Ale decyzja prokuratury nie oznacza, że mamy się poddać. Teraz zadanie stoi przed stowarzyszeniami i władzami lokalnymi, by wywierać presję na właścicieli zabytków. Samorządowcy i politycy, którzy nas reprezentują, powinni odpowiadać na pytania wyborców nie tylko o nowe drogi, szkoły, baseny, ale także o swój stosunek do ratowania wspólnej spuścizny historycznej.
Źródło: Gazeta Wyborcza
| © 2000 - 2010 RoKaDo zamkiobronne.pl | EnglishStory.pl EDUVIANET.PL |